Początkowo nie sądziłam, że wpis dotyczący nowego roku i mojej predykcji w tym zakresie będzie skoncentrowany wokół reformy Państwowej Inspekcji Pracy. A w zasadzie o tym, że tej reformy nie będzie. Dlaczego? Zanim odpowiem na to pytanie, kilka słów oceny samego pomysłu na przedmiotową reformę. Przede wszystkim, w Polsce zapanowała moda na szpachlowanie systemu polityk publicznych, społeczno – gospodarczych, a także tych tyczących się rynku pracy. Przykłady? Proszę bardzo.
Pierwszy: zamiast dyskutować o rozszerzeniu i pogłębieniu bazy dochodowej dla Narodowego Funduszu Zdrowia następuje nagonka na medyków i ich zarobki. Nikt, kto jest głównym dysponentem zasobów informacyjnych nie mówi, że mamy jeden z najniższych nakładów na publiczną ochronę zdrowia w UE w stosunku do PKB. To nieważne, że po prostu mamy niedofinansowany system. Po co mierzyć się z realnym wyzwaniem jak można znaleźć kozła ofiarnego?
Drugi: zamiast rozpocząć na serio dyskusję o rozszerzeniu rokowań zbiorowych, również w kontekście skrócenia czasu pracy, najpierw obwieszcza się pilotaż skrócenia czasu pracy, w tzw. międzyczasie proceduje się nową, świeżą ustawę o układach zbiorowych pracy, na to wszystko reguluje się dyrektywnie kwestie dni wolnych od pracy, a to wszystko po to, aby ostatecznie wprowadzić ustawę o układach zbiorowych pracy bez przyjmowania uwag strony związkowej (nawet niektórzy pracodawcy uznali, że to tylko lifting). Nie wspominam już o tym, że w rdzeniu koalicji rządowej nie ma absolutnie pełnej zgody, a nawet znamion zgody co do tego, że czas pracy można skrócić. I choć cała Europa Zachodnia skracała czas pracy, regulowała dni wolne i nadal to czyni w oparciu o ponadzakładowe układy zbiorowe to w Polsce jest jakby tak niezachodnio. Jeden przedstawiciel rządu wprowadza pilotaż, drugi się z reformą nie zgadza, posłowie koalicyjni podczas posiedzenia komisji arbitralnie redukują zgłoszone poprawki strony związkowej do ustawy o rokowaniach zbiorowych do folderu SPAM i wszystko się teoretycznie zgadza. Czas leci, kadencja płynie, grunt, że pilotaż trwa, Wigilia była dniem wolnym od pracy, a ustawę o układach zbiorowych pracy prezydent ostatecznie podpisał.
Trzeci: cała klasa polityczna walczy, niczym na maczugi, o praworządność. Strona społeczna, nawet strona pracodawców wskazuje, że należy podnosić wynagrodzenia w państwowej sferze budżetowej, również w wymiarze sprawiedliwości. Wszyscy teoretycznie, a być może nawet intuicyjnie czują, że cały ten paraliż systemu sprawiedliwości wynika także z kryzysu kadrowego w sądownictwie (i prokuraturze również). I co? I podczas Komisji Finansów Publicznych podejmuje się decyzje, aby ogołocić sądownictwo powszechne. W stylu Janosika, tylko że biednym zabiera się dla innych biednych. A kiedy dochodzi do aktu dywersji to w pierwszej kolejności uruchamiane zostają służby mundurowe i, uwaga, pracownicy wymiaru sprawiedliwości. Kiedy państwa skandynawskie i państwa bałtyckie budują swój potencjał obronny na budowaniu odporności całego systemu powiązanych przecież ze sobą polityk publicznych, w Polsce przelewa się populistycznie z worka do worka.
Nie ma się kompletnie co dziwić, że i reforma Państwowej Inspekcji nie miała szans wystartować. Bo jak sami widzicie, wymagałoby ona dialogu wewnątrzkoalicyjnego, realnego dialogu ze stroną społeczną, podejścia wykraczającego poznawczo poza sondaże i koalicyjne koterie. A tych zasobów wśród rządzących nie ma. Co więcej, Forum Związków Zawodowych od początku wskazywało, że ta reforma będzie kontrowersyjna i niekoniecznie wypełni swoją rolę. Owszem, bezwzględnie, bezapelacyjnie, bezkompromisowo i pilnie należy usprawnić mechanizmy, które po pierwsze – będą ograniczać nadużywanie umów cywilnoprawnych i B2B przez pracodawców, po drugie – przez samych „przedsiębiorców”. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Tyle, że żeby to zrobić na serio to trzeba byłoby uczynić wymiar sprawiedliwości sprawnym. Państwo posiada instrumenty i instytucje, które z racji swojej natury mogłyby działać efektywniej. Począwszy od samej Państwowej Inspekcji Pracy, która mogłaby się stać superinstytucją, z wielkim budżetem i wielkimi możliwościami.
Wiem, kamień milowy, KPO i 11 000 000 000 złotych. Pamiętacie, co było pierwotnym pomysłem? Oskładkowanie wszystkich umów zleceń. To też nie wypaliło. Podobnie rząd musiał się wycofać ze zwiększenia kwoty wolnej od podatku. Nie widzicie połączenia? Popatrzcie – Polski Ład jako reforma wywołała pewnego rodzaju traumę przed ingerencją w system podatkowo – składkowy. Pamiętacie pewnie Polski Ład. Już wtedy jako FZZ ostrzegaliśmy, żeby o tej reformie mówić szczerze. To znaczy – nie wprowadzono żadnej kwoty wolnej. Wprowadzono po prostu trzy progi – 9%, 21% i 41%. Tyle płacimy podatku dochodowego. Owszem, mamy w tym miksie stałe, liniowe 9% na zdrowie. Ale to ostatecznie element opodatkowania dochodu. Po prostu zawsze 9% idzie na NFZ. A ostatecznie być może więcej, bo udział dotacji budżetowej na NFZ rośnie. Mówimy oczywiście o pracownikach, bo biznes w znaczącej mierze rozlicza się w tym kontekście inaczej. Dlaczego to wszystko w swojej rozciągłości paraliżuje zdolności polityczne dla reform podatkowo – składkowych? Dlaczego szuka się finalnie nietrafionych, pośrednich rozwiązań? Bo żeby realnie ten kamień zrealizować trzeba byłoby zaprowadzić kolejny, nowy, podatkowo – składkowy ład. Wszystkie problemy związane z niedofinansowaniem publicznej ochrony zdrowia, ogromnymi dotacjami budżetowymi do FUS, sytuacją pracowników sektora finansów publicznych, finansami publicznymi w ogóle – te wszystkie dysfunkcje zapętlają się w supeł w miejscu, gdzie następuje moment wykonalności umowy społecznej pomiędzy państwem a obywatelem.
Otóż, obywatele nie ufają państwu, więc nie chcą płacić więcej. Jednocześnie państwo w wymiarze politycznym walczy o uwagę obywatela, więc unika dyskusji o tym, że trzeba płacić więcej, jeśli chce się mieć więcej państwa. Politycy nęcą obywatela wizją państwa o coraz szerszym parasolu, nie podając ceny. Obywatel ostatecznie chce więcej państwa i mniejszy od niego rachunek. Dlatego w mojej ocenie premier postanowił wcisnąć panicznie hamulec w rozpędzonej przez resorty – pracy i funduszy, machinie. Bo ta reforma choć omijająca łukiem sedno sprawy uderzyłaby w napęd polskiej kultury politycznej. Ktoś musiałby zapłacić więcej albo przysłowiowy „przedsiębiorca” na JDG, albo przysłowiowy „pracodawca” unikający zatrudniania w oparciu o umowę o pracę. A to w sytuacji, w której permanentnie obiecuje się wyłącznie kurczenie bazy dochodowej (kwota wolna do 60 tysięcy, podniesienie II progu, pomysły na zerowy PIT dla rodzin wielodzietnych prezydenta Nawrockiego) jest nie do przyjęcia. A co dopiero oskładkować wszystkie umowy zlecenia jak leci!
I tu przechodzimy do swoistej puenty i odpowiedzi na pytanie – jaki będzie ten 2026 rok? Niestety, obawiam się, że regresywny. Nie musiałby taki być. Wcześniej czy później prawda dogoni kontekst, na którym zbudowana jest narracja polskich elit politycznych. Czeka nas dyskusja o reformie całego systemu podatkowo – składkowego. Obecny stan, w którym i tak trzeba ratować NFZ i FUS dotacjami (i to nie małymi), zadłużenie z tytułu wyzwań związanych z obronnością przybywa, jest nie do utrzymania. Czeka nas zderzenie z realizacją potrzeb i odpowiedzią na kryzysy – wydolnością kadr sektora finansów publicznych (w tym państwowej sfery budżetowej), kurczeniem się i starzeniem narodu polskiego (coraz większe nakłady na ochronę zdrowia i system emerytalny), coraz większymi kosztami prowadzenia działalności gospodarczej wynikającymi między innymi z wysokich kosztów energii, niskim poziomem inwestycji sektora prywatnego, rewolucją AI, sytuacją geopolityczną. To wszystko nas, mówiąc, kolokwialnie, ścignie. Trzeba będzie znaleźć na to wszystko pieniądze. Czy to musi oznaczać podniesienie podatków, danin, składek? Niekoniecznie. To wyzwanie o wiele bardziej skomplikowane. Wymagające zmiany modelu komunikacji.
W mojej ocenie świat pracy jest gotowy na tego typu wyzwanie. Na nowy kompromis, nową umowę społeczną. Na nowy start, który będzie realizowany w kolejnych latach. Gdyby teoretycznie, udało się wypracować nowe ramy, które wzmocniłyby instytucje takie jak Państwowa Inspekcja Pracy czy wymiar sprawiedliwości – gdyby w końcu wypracować nowe porozumienie pomiędzy państwem, a obywatelem które to porozumienie gwarantowałoby sprawiedliwy i akceptowany przez większość rozkład ciężarów, to problem realizacji tego sławnego w ostatnich dniach kamienia milowego po prostu by zaniknął. Ów kamień milowy (numer UD283) to taki, jeszcze niekrzykliwy, symbol pewnego rymu historycznego. A nasza historia uczy nas, że nie zawsze nasza klasa polityczna czuła potrzebę reform. A polskie społeczeństwo nie zawsze naciskało zbyt mocno.
Czasem bywało dla nas za późno.
Za chwilę miną dwa lata rządów Donalda Tuska w jego trzeciej odsłonie jako premiera. Postanowiłam dokonać krótkiego podsumowania tych niespełna 24 miesięcy.
Dialog społeczny
Trudno stwierdzić, że jest gorzej niż było. Sytuacja jest dopuszczalna, to znaczy wciąż taka, że jeszcze ulicami miast nie maszerują setki tysięcy pracownic i pracowników. Dlatego też ta ocena nie jest „dostateczna”. Premier Tusk, w Piotrkowie Trybunalskim pouczał aktywistkę i tłumaczył jej, że teraz Polska nie jest już krajem, w którym na siebie krzyczymy, a prowadzimy DIALOG. Tyle, że premier jak dotąd nie dotarł do Rady Dialogu Społecznego. Tam gdzie ten dialog naprawdę się toczy i nie można go sformatować jako zabieg czysto PR-owy. Podwładni Pana premiera też nie są skorzy do spotkań, rozmów i negocjacji, choć zdarzają się wyjątki. Nie odbiegają one jednak od standardów poprzedników. Tu POPiS ma się naprawdę świetnie!
Komunikacja sukcesów. Jakich sukcesów?
Media, które z ostrożną podchodzą do krytyki obecnej ekipy zwracały uwagę stronie rządowej, że trzeba dokonać zmian w modelu komunikacyjnym rządu. Premier posłuchał i od jakiegoś czasu rząd ma rzecznika! Nierzadko miałam wrażenie, że niektórzy dziennikarze popadli w pewną iluzję doradczą i zaczęli szerzyć tezę o istniejących gdzieś w jakiejś krypcie sukcesach rządu, których nikt nie potrafi skomunikować. Jakby tu chodziło o komunikację. I kiedy już rząd przystąpił do komunikowania sukcesów to się okazało, że tego złotego pociągu nie ma. Czym chwali się strona rządowa?
Mogłabym się godzinami pastwić nad brakiem realnej strategii gospodarczej, przemysłowej, chaosem związanym z nieracjonalną polityką klimatyczną i upadającą konkurencyjnością. Ale o tym będą „mówić” nasi związkowcy 4 listopada w Katowicach!
Nie dowieźli > chcieli dowieźć
Co na „plus”? Kilka elementów się znajdzie, np. wzrost nakładów na budownictwo społeczne, czy rezygnacja z dopłat do kredytów. Dobrze, że rząd wstrzymał się z wdrożeniem kwoty wolnej na poziomie 60 tysięcy, bo to by oznaczało kolejne 50, a może więcej miliardów złotych wydatków przy jednoczesnym niskim zysku dla najsłabiej zarabiającego obywatela. Cieszy więc głównie to, że czegoś nie zrobiono lub jest mała szansa na realizację np. skrócenie tygodniowego czasu pracy. Bez realnej reformy w zakresie rokowań zbiorowych to się nie ma prawa udać.
Ktokolwiek rządzi, ktokolwiek wie
Żeby była jasność – ktokolwiek w Polsce rządzić nie będzie, pracownicy nie zyskają dopóki do debaty publicznej nie przybędzie elementarna przyzwoitość. Utarło się, że propracownicza agenda to głównie pomysły na nowe wydatki z budżetu, a to nieprawda. Domaganie się podwyżek w sektorze finansów publicznych to nie walka o nowe prawa socjalne. To walka pomiędzy pracownikiem a pracodawcą o to, aby płacić za PRACĘ godnie. Pomysł, aby uczynić z polityki wyborczo – redystrybucyjnej politykę prodemograficzną też nie oznacza nowych kosztów. Podobnie jak w przypadku sprzeciwu wobec kurczeniu bazy fiskalnej.
Pracownicy dziś potrzebują klasy politycznej, która nie pogłębia wspomnianej przeze mnie luki percepcyjnej. Programy polityczne nie muszą być tylko i wyłącznie spektaklem trików wydatkowych i uników dochodowych. Programy polityczne mogą być kaskadą ambitnych reform, np. w zakresie pobudzania prywatnych inwestycji, rokowań zbiorowych, sporów zbiorowych, energetyki i przemysłu. Otoczenie społeczno – gospodarcze nie chce kolejnych pieniędzy na koncie w podzięce za głosy. Chcemy żyć w państwie opartym na stabilnych politykach publicznych. Albowiem nic nie kosztuje więcej niż wojna polsko – polska, a wraz z nią – pozorne reformy i 4-letnie, kosztowne rewolucje, wrażliwość na wyniki sondaży pod płaszczykiem empatii wobec różnych grup.
Wystarczy nie kraść – czasu, który można spożytkować na reformowanie kraju bez potrzeby budowania wzajemnej nienawiści.