email: biuro@fzz.org.pl
tel: (+48) (22) 628 73 75
Logo Forum Zwiazkow Zawodowych

Forum Związków Zawodowych

Patrząc z boku

31-07-2017, 12:01

Bardzo często w trakcie rozmów dotyczących naszej gospodarki, padają najróżniejsze argumenty, że zagraniczne inwestycje w Polsce są dobrodziejstwem i tylko dzięki temu my, jako społeczeństwo możemy dziś egzystować. Przy okazji podnosi się temat ogromnego zadłużenia Polski po upadku komunizmu (tak zwane długi Gierka) oraz to, że tak w zasadzie, to ten okres w naszej historii pozostawił nam pustynie gospodarczą. Co ciekawe, poglądy takie wyrażają zwykle ludzie młodzi, wykształceni już w jedynym słusznym, kapitalistycznym ustroju.

No to może przyjrzyjmy się nieco bliżej powyższym twierdzeniom.

Zacznijmy od długów po Gierku. I tu może dla wielu niespodzianka. Dług z tego okresu został już dość dawno spłacony, bodajże w roku 2012. Dług zaciągnięty przez Polskę w latach 70 w roku 1980 wynosił około 24 miliardy dolarów. Daleki jestem tu od pochwały „gospodarczych sukcesów” PRL-u, ale zauważmy, że te kredyty nie poszły na konsumpcje. Mało kto o tym mówi, ale z pieniędzy tych sfinansowane została budowa 557 nowych przedsiębiorstw, oraz budowa 2,5 miliona nowych mieszkań. W takim razie mała zagadka. Ile wynosi dług Polski na dziś? Proszę spojrzeć poniżej:

źródło: Ministerstwo Finansów

(gdyby ktoś nie wiedział skąd taki ładny ząbek w 2013, to przypominam, wtedy ktoś ukradł nasze pieniądze z funduszy emerytalnych)

Dane prezentowane przez Ministerstwo Finansów robią wrażenie. Pokazują, że sytuacja finansów publicznych jest niepokojąca, a państwo funkcjonuje na kredyt. Jest to jednak tylko czubek góry lodowej. Oficjalne dane nie uwzględniają tzw. długu ukrytego, który według FOR (Forum Obywatelskiego Rozwoju), jest trzykrotnie wyższy – wynosi 3 bln 246 mld 275 mln zł. Łącznie więc zadłużenie przekracza grubo ponad 4 bln zł, co oznaczałoby, że w porównaniu do PKB przekracza 200 proc.

Co to jest dług ukryty? To m.in. zobowiązania państwa do przyszłych płatności. W przypadku Polski chodzi o nabyte prawa do świadczeń emerytalno-rentowych. Przyznać trzeba, że Gierek to drobny detalista w porównaniu do dziś „miłościwie panujących”(mam tu na myśli wszystkie rządy po roku 1989). Idąc dalej, Gierek, może nieudolnie, ale inwestował tą kasę w gospodarkę. Proszę dziś wskazać jakikolwiek obszar gospodarki finansowany z tegoż długu. Pieniądze te wydajemy na ZUS, obsługę niesamowicie rozbudowanego aparatu urzędniczego, aquaparki, orliki, czyli po prostu je przejadamy.

Obalmy więc pierwszy z mitów, że to Gierek zadłużył Polskę. Zadłużenie to jest efektem „naszych” działań, już po „obaleniu komuny”. Ale o tym w dalszej części.

Następnym, często występującym argumentem w rozmowach o gospodarce okresu PRL-u, jest mit, że przecież nasza gospodarka była tak zacofana i nieefektywna i nikt od nas nie chciał nic kupić. Otóż, zauważmy, że do 1981 najbardziej dynamicznie rozwijał się eksport wyrobów przemysłu elektromaszynowego (ich udział wzrósł do 45,2%), chem. (9,6%) i lekkiego (8,6%), spadał natomiast udział w eksporcie paliw i energii (do 10,4%), artykułów spożywczych i rolnych (7,0%). Czyli zauważmy, nie tylko węgiel i zboże, ale głównie wyroby przemysłu elektromaszynowe i chemicznego.

Pierwszy cios zadany został Polskiej gospodarce przez naszych największych „przyjaciół”. Po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981, USA zamroziły oficjalne kontakty z PRL, zawiesiły rządowe gwarancje na kredyty, wprowadziły zakaz połowu na amerykańskich wodach i wstrzymały dostawy dla rolnictwa. Polskie samoloty otrzymały zakaz wstępu w amerykańską przestrzeń, częściowo zawieszono współpracę naukową, zablokowano również dostęp do Polski nowych technologii. Przy okazji dość skutecznie „wypchnięto” Polskę z rynków gdzie sprzedawaliśmy węgiel, aby bez skrupułów zająć te rynki dla eksporterów z USA. Był to zresztą początek likwidacji górnictwa, które udało nam się zgodnie z zaleceniami Banku Światowego, skutecznie ukatrupić gdzieś pomiędzy rokiem 1989 a 2003. Dziś jest tylko „dożynanie” resztek tego, co jeszcze o dziwo się zachowało. Rezultat? Polska z wielkiego eksportera światowego węgla kamiennego na poziomie ponad 30 mln ton w 1990 roku, stała się ostatecznie od 2008 roku jego importerem netto na poziomie ponad 10 mln ton. Inne gałęzie gospodarki odczuły sankcje równie boleśnie. Pamiętajmy też, że sankcje ekonomiczne wprowadzone przez USA, najbardziej uderzyły w społeczeństwo. Jak to dość brutalnie stwierdził minister Jerzy Urban „rząd się zawsze wyżywi”. Władze PRL szacowały, że straciły na sankcjach ok. 15 mld dolarów (pamiętajmy, że to nie władze straciły te 15 mld dolarów, tylko my wszyscy).

Przyjrzyjmy się choćby zapomnianej już u nas dziedzinie gospodarki, jak rybołówstwo morskie. Otóż pod koniec 1989 roku flota nasza liczyła 81 statków dalekomorskich (Dalmor – 23, Odra – 29, Gryf – 29), 151 kutrów państwowych ( Koga – 25, Szkuner – 38, Korab – 26, Kuter – 28, Barka – 34), 85 spółdzielni rybackich i 148 prywatnych oraz 801 łodzi z czego 441 należało do spółdzielni a 360 do rybaków indywidualnych. Wiem, młodzi ludzie mi nie uwierzą(mój syn aby uwierzyć, musiał sprawdzić w internecie), ale mieliśmy całkiem potężną flotę połowową (handlową tez) i o dziwo, co dziś wydaje się niewiarygodne, statki te pływały pod Polską banderą. Szukając informacji o tej dziedzinie gospodarki na „dziś”, znalazłem opinię, która rozbawiła mnie do łez. Oto ona:” Rybołówstwo morskie i rybactwo śródlądowe nie są w Polsce dobrze rozwinięte mimo szerokiego dostępu Polski do morza. Wynika to z niewielkiego spożycia ryb przez Polaków”. Taką informację znalazłem na portalu Szkoła.pl. Naprawdę. Tego uczymy młodych ludzi w szkołach. Gdzie dziś są takie przedsiębiorstwa jak Dalmor, Odra, Gryf i wiele innych. Niskie spożycie ryb, moim skromnym zdaniem, wynika z ich wysokich cen, właśnie dlatego, że „udało” nam się zlikwidować prawie całkowicie tę gałąź gospodarki, oczywiście w naszym dobrze pojętym interesie.

Prawdziwą jednak tragedią i rzeźnią Polskiej gospodarki stał się rok 1989 i następujące po nim lata transformacji ustrojowej. W roku 1988 istniało około 6250 dużych i średnich zakładów przemysłowych. Wiele z nich zatrudniało po kilka tysięcy pracowników. W trakcie transformacji, przynajmniej 1/3 z tych zakładów przestała istnieć. Były wśród nich zarówno zakłady stare, które powstały jeszcze przed wojną, ale gros z nich, były to jak na ówczesne lata, nasze najnowocześniejsze firmy. Ich łączna produkcja stanowiła około 40% całości produkcji kraju.

Ciekawa jest w tym zakresie opinia Dr hab. Pawła Soroki (koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego im. Eugeniusza Kwiatkowskiego), który stwierdził: „Nasz kraj doświadczył jednej z najgłębszych deindustrializacji w powojennej historii Europy. ………. ze względu na skalę i w niektórych przypadkach patologiczny charakter zjawiska, w Polsce mieliśmy do czynienia nawet nie tyle z deindustrializacją, ale wręcz z katastrofą przemysłową”.

Często też w takiej sytuacji pada argument, że przemysł odziedziczony o PRL był przestarzały, nie dysponował kapitałem i dlatego jego sprzedaż lub likwidacja była najlepszym rozwiązaniem. Takie argumenty są z perspektywy czasu oczywiście błędne. Po prostu, rządzący popełnili tragiczne w konsekwencji błędy. Na początku minister przemysłu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, Tadeusz Syryjczyk przyjął zgubną dla tegoż przemysłu zasadę, że „najlepszą polityką przemysłową, jest brak polityki przemysłowej”. Tymczasem nawet w gospodarce rynkowej można stosować i stosuje się narzędzia które pozwalają firmą na przystosowanie się do nowych warunków. Następnie w Polsce zaaplikowano terapię szokową w postaci Planu Balcerowicza. Zakładał on jak najszybsze wprowadzenie nowych zasad, co oczywiście tylko pogorszyło sytuację tych przedsiębiorstw. No i oczywiście, przyjęcie doktryny, zgodnie z którą wszystko co państwowe jest z gruntu złe, nieefektywne – jest to oczywiście nieprawdą, bowiem istniało wiele firm państwowych, które funkcjonowały dobrze i radziły sobie na rynku. Aby jednak przymusić państwowe zakłady do prywatyzacji, wprowadzono całkiem nierynkowe rozwiązania jak na przykład podatek od majątku, popiwek, blokada wzrostu płac, radykalny wzrost kosztu kredytu, które firmy zaciągnęły w poprzednim okresie. Nic więc dziwnego, że nie wytrzymały tego nawet dobre i nowoczesne firmy.

Pamiętajmy też, że Polska w tym okresie stała się obiektem wielkich nacisków międzynarodowych korporacji oraz presji Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego działania można określić tylko jako szkodliwe dla naszego kraju. W pewnym monecie nawet Leszek Balcerowicz dostrzegł negatywne skutki otwarcia Polskiej gospodarki i wprowadził pewne mechanizmy obronne, ale w zasadzie było już „po herbacie”. Całe branże zdążyły już do tego czasu upaść. Co ciekawe, wśród ofiar znalazła się praktycznie cała branża wysokich technologii, szczególnie elektroniki. Efektem był szybki wzrost importu elektroniki konsumpcyjnej tak z Zachodu jak i Dalekiego Wschodu. W szybkim tempie doprowadziło to do upadku polskiego przemysłu elektronicznego i telekomunikacyjnego. Idźmy dalej, barki na Odrze i transport śródlądowy (najtańsza forma transportu ładunków), możemy pooglądać sobie dziś tylko na starych pocztówkach i w kronikach filmowych.

Można by tu wymieniać jeszcze wiele przykładów, ale wspomnę jeszcze tylko kilka słów o jednej branży. Prywatyzacja sektora bankowego. Otóż, sprzedaliśmy ok 80% całego sektora bankowego. Na podstawie ostrożnych szacunków, otrzymaliśmy za polskie banki około 25 miliardów złotych. Dziś tyle kosztuje jeden bank. Jeśli przyjrzeć się poszczególnym prywatyzacjom, można powiedzieć, że skarb Państwa za jeden z większych banków otrzymywał od 1,5 miliarda do 6 miliardów złotych. Czasem było to nawet kilkaset milionów. Dzisiaj te same banki przynoszą roczny zysk netto w wysokości od 0,5 miliarda do 1,5 miliarda złotych. Po trzech latach, jeśli ktoś kupił taki bank, to dziś z samej dywidendy miałby zwrot zainwestowanego kapitału. Przykładowo, sprywatyzowany BPH i Pekao S.A., które sprzedano mniej więcej za 5-6 miliardów złotych, mają obecne aktywa rzędu 115 miliardów złotych.

Wedle ostrożnych szacunków na prywatyzacji tej branży straciliśmy pomiędzy 150, a 200 miliardów złotych. Często przy prywatyzacji nie dokonywano nawet pełnej ewidencji zarówno ruchomości, jak i nieruchomości, czyli sprzedawano bank, nie wiedząc tak naprawdę, co posiada on na stanie. Co więcej, do niektórych prywatyzacji wręcz dopłaciliśmy oddłużając bank, przyznając pomoc BFG (Bankowy Fundusz Gwarancyjny), lub wzmacniając państwowymi obligacjami. Prywatyzację tego sektora przeprowadzano w sposób wyjątkowo pośpieszny, wysoce niefachowy w sensie opłacalności oraz bardzo kosztowny dla Skarbu Państwa i wszystkich Polaków. Bank najpierw oddłużano, potem dokładano do niego pieniędzy i umarzano zaległości podatkowe. Banki te otrzymywały też ogromną pomoc z budżetu państwa, na zasadzie specjalnych pożyczek oprocentowanych na 1%. Oczywiście w tym samym czasie polski przedsiębiorca płacił za taki kredyt (oczywiście bankom), 40 – 60% odsetek. Co więcej, przed prywatyzacją banki były zwalniane z podatku, o czym zwykły przedsiębiorca nie mógł nawet śnić.

Dziś rząd przebąkuje o „odzyskaniu” (odkupieniu), przynajmniej części sektora bankowego. Oj, drogo może nas to kosztować.

To teraz powróćmy do tezy, że Polska miała słabą, nic nie wartą gospodarkę. Gdyby tak było rzeczywiście to skąd praktycznie wszystkie rządy po 1990, miałyby firmy przeznaczone do sprzedaży?

Spójrzmy zatem na te dane:

– Rząd Olszewskiego (ROP) od 23.12.1991 r., rządził 6 miesięcy i 18 dni. Sprzedał 1 zakład;
– Rząd Suchockiej (UD) od 11.07.1993 r., rządził 15 miesięcy i 14 dni. Sprzedał obcym 21 zakładów;
– Rząd Pawlaka (PSL) od 26.10.1993 r., rządził 16 miesięcy i 12 dni. Sprzedał 2269 zakładów;
– Rząd Oleksego (SLD) od 7.03.1995 r., rządził 14 miesięcy. Sprzedał 598 zakładów.
– Rząd Cimoszewicza (SLD) od 7.02.1996 r., rządził 20 miesięcy i 18 dni. Sprzedał 992 strategicznych zakładów;
– Rząd Buzka (AWS+UW) od 31.10.1997 r., rządził 47 miesięcy i 19 dni. Sprzedał 1311 strategicznych zakładów;
– Rząd Millera (SLD) od 19.10.2001 r., rządził 30 miesięcy i 15 dni. Sprzedał 548 strategicznych zakładów;
– Rząd Belki (SLD) od 02.05.2004 r., rządził 17 miesięcy i 29 dni. Sprzedał 477 strategicznych zakładów;
– Rząd Marcinkiewicza (PiS) od 31.10.2005 r., rządził 8 miesięcy i 15 dni. Sprzedał 271 strategicznych zakładów;
– Rząd Kaczyńskiego (PiS) od 14.07.2006 r. W okresie 15 miesięcy i 24 dni sprzedał 18 strategicznych zakładów, w tym 4 huty warte minimum 100 miliardów złotych za 380 milionów złotych, nie mówiąc o innych wartościach;
– Rząd Tuska (PO) rządzi od 7.11.2007 r. Sprzedał 724 zakłady.

Celowo nie będę to podawał jakie kwoty z tych prywatyzacji wpłynęły do Skarbu Państwa, bo i tu, podobnie jak w przypadku banków, wycena nie miała nic wspólnego z rzeczywistą wartością tych firm, faktem natomiast pozostaje, że rzeczywista wartość tych zakładów była znacznie większa, niż cena uzyskana z ich sprzedaży.

Niestety, cała armia propagandystów i rzekomych ekspertów, wtłoczyła nam do głów, że przed 1990 Polska była pustynią gospodarcza, produkcja całego przemysłu była właściwie przestarzała i bezwartościowa, dlatego jedynym wyjściem dla Polski było co się da sprywatyzować (sprzedać obcemu kapitałowi). Do dziś też pokutuje przekonanie, że tylko obcy kapitał potrafi sprawnie i efektywnie zarządzać firmami. Niestety, prawda jest taka, że większość zakładów kupiona została przez kapitał zagraniczny tylko po to, aby zlikwidować konkurencję. Trudno tu nawet oszacować skalę tego zjawiska, ale znaczna część z tak prywatyzowanych zakładów dziś jest modelową ruiną, a tereny sprzedane zostały deweloperom.

Przed skutkami takiej polityki prywatyzacyjnej przestrzegał Polaków jeszcze w 1990 r. prof. Milton Friedman, amerykański ekonomista, laureat Nagrody Nobla. Apelował, abyśmy nie popełniali błędu w postaci sprzedaży polskich firm cudzoziemcom, bo sprzedamy je “niemal za nic” i nic na tym nie zyskamy. Pamiętajcie jedno: cudzoziemcy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, ale po to, by pomóc sobie – mówił Friedman w wywiadzie dla “Res Publiki”.

Co ciekawe, kilka z dużych polskich firm, które cudem uniknęły wykupienia, świetnie radzi sobie nie tylko na rynku polskim, ale rozwija się za granicami naszego kraju. Jest może niewiele takich przykładów, ale pokazują one, że prywatyzacja wcale nie musiała wiązać się z likwidacją, oraz pokazuje, jak ogromny potencjał był w naszej gospodarce, niestety przed prywatyzacją.

Podsumowując, ta niestety nieudolna prywatyzacja doprowadziła katastrofy gospodarczej porównywalnej tylko ze zniszczeniami wojennymi. Konsekwencje widzimy i odczuwamy wszyscy. Właśnie dzięki prywatyzacji, powstała pustynia gospodarcza. Oczywiście, pustynię tą zagospodarował właśnie kapitał zagraniczny, dzięki którymi dziś jesteśmy jedną z większych w świecie montowni. Kończąc pierwszą część pamiętajmy o słowach . Miltona Friedmana: : cudzoziemcy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, ale po to, by pomóc sobie